Owsiane fantazje

Podobno ciąglę mówię o jedzeniu. Nie jest to do końca prawda, przecież się powstrzymuję! Prawdą jest natomiast, że prawie cały czas o nim myślę. Pewnie jest to jakiś rodzaj uzależnienia i mimo że jestem od dwóch miesięcy na diecie, i to z całkiem nienajgorszymi rezultatami, kulinarne fantazje to coś, czego odmówić sobie nie mogę. Przecież dopóki ich wszystkich nie próbuję realizować, chyba nie dzieje się nikomu żadna krzywda. Mnie na pewno – a jakie to przyjemne!
Dziś czas na owsiane ciastka. Jeden z najprostszych przepisów, twórczym umysłom zapewniajacy nieograniczone pole do działania – można je urozmaicać wszelkimi dodatkami, wypróbowywać nowe połączenia, aromaty, proporcje. A przy tym, choć zdecydowanie nie są to niegroźne ciastka, bo jednak ciastka i mają pewnie masę kalorii, jeśli robię je sama – wiem przynajmniej, co w nich jest. A to bardzo pocieszająca myśl, biorąc pod uwagę, że jestem takim troszkę jedzenio-freakiem. I nie chcę jeść byle czego. I nie będę. I stąd te ciacha!
No to od początku. Do ciastek potrzebne nam będą:
· Płatki owsiane (3 szklanki)
· Mąka razowa (niepełna szklanka)
· Cukier (ech, lepszy miód, na następny raz będzie miód! Ok. pół szklanki)
· Margaryna (tłuszcz roślinny, a na następny raz może oliwa? ¾ kostki)
· Proszek do pieczenia (symbolicznie, 1 łyżeczka)
· Odrobina soli
· Cynamon (albo kakao, co kto woli)
· Cukier waniliowy (lub jakiś aromat, choć oczywiście nie jest to konieczne)
· Bakalie! Różne, ulubione! (orzeszki, kokos, suszone plasterki bananów, rodzynki, suszone morele, śliwki, migdały… och dużo tego dobra można dodać, ja uwielbiam pestki słonecznika z rodzynkami)
· Jajo
· Odrobina mleka
I do pracy. Choć w różnych przepisach naczytałam się o ucieraniu tłuszczu z cukrem i potem dodawaniu produktów sypkich, wolę metodę najprostszą – wszystko do miski i do roboty. Świetne ćwiczenie na mięśnie rąk! Poza tym, ważny jest dla mnie bliski kontakt ze składnikami – to moje ciastka, nie powinnam się więc bać dotyku surowych jajek i margaryny! Ta filozofia nie jest już taka prosta w przypadku surowego mięsa, którego dotyk wciąż nie jest dla mnie sprawą prostą. No ale nie od razu Rzym zbudowano.
Jak już ciasto gotowe, to na blaszce wykładamy papier do pieczenia (ja miałam tylko folię aluminiową) i zabieramy się do pracy: formujemy małe kulki, które potem rozpłaszczamy na ich miejscu przeznaczenia. Gdy ciasto jest zbyt klejące, dodaję trochę więcej mąki – gdy zbyt suche, dolewam odrobinę mleka. Teoretycnie ciasteczka powinno się piec w temperaturze 175 stopni jakiś kwadrans, ale ja nigdy nie mam zaufania i zostawiam je w piekarniku dłużej, aż się ładnie ozłocą i będą chrupiące. Podobno można też zrobić takie miękkie ciasteczka owsiane, które kiedyś jadłam (kupne, z cytrynowym aromatem, były super), ale jednak wolę jak chrupią przy jedzeniu. A teraz szykujemy się spać, cudowny aromat roznosi się w całym mieszkaniu. A rano, gdy przez okno wpadać będą promienie sierpniowego słońca, usiądę ze szklanką ciepłego mleka i będę chrupała!



