Łapy

By dorotapilas

Po drodze z Kielc wstąpiłam do Łap, które, geograficznie patrząc, są tak bardzo nie po drodze, jak tylko się da, a jednak okazały mi się być dziwnie po drodze. Przesiadka na Warszawie Zachodniej symptomatyczna – najpierw napotkany przy kasie uroczy człowiek mocno “pod wpływem”, pytający zapamiętale oschłą kasjerkę, jak to możliwe, że ostatni pociąg do Kielc mu uciekł, choć ma nań bilet. Potem młody Turek w jednej z dworcowych kebabowni, który na wejściu oświadczył “nie ma kebab”, a jednak zgodził się sprzedać mi herbatę i spytał rzeczowo “sypana czy rozpuszczalna”, a potem nawet przyniósł mi z mikroskopijnego zaplecza plasterek cytryny, powłócząc uroczymi klapeczkami i zaproponował “cukr”.

Wysiadłam z pociągu u celu mojej podróży, witana przez mroźny wschodni wiatr i szukałam znajomej twarzy, wśród zakapturzonych głów łapskiej młodzieży, spędzającej prawdopodobnie nie pierwszy już swój wieczór na pustym peronie. Z Martą pomknęłyśmy czerwonym samochodzikiem przez Łapy i Uhowo do Bojar. Tam na powitanie obśliniły mnie dwa wielkie psy i mieszkańcy powitali mnie gorącym naparem z lipy.

Przed zaśnięciem okazało się, że w łóżku zakamuflował się jeszcze kot, ale szybko dostało mu się za to po łapkach, a ja zapadłam w przez nic i nikogo nie zakłócany dziewięciogodzinny sen. Po rodzinnym śniadaniu otrzymałam Marty kaloszki, dresy i bluzę, bo planowałyśmy nie lada misję: grzyby. Znalazłyśmy dwa koszyczki kapeluszy kani i trzeba było wrócić do domu, by je opróżnić. za drugim razem szukałyśmy bardziej konkretnych grzybów, głębiej w lesie, tych jednak nie udało nam się znaleźć wiele. ktoś nas uprzedził. Nic w tym dziwnego, skoro wybrałyśmy się na grzyby o 11… Ale i tak było warto! włóczyłyśmy się po opuszczonych ruinach domów, zapomnianych i zarośniętych, przedzierałyśmy się przez gęste zagajniki.

Na obiad mama Marty przygotowała faszerowane warzywa. w trzech wersjach, bo Ania jest jaroszką, więc bez mięsa, Tata nie trawi papryki, więc bez papryki i trzecią dla wszystkożernych nas. Były wyśmienite. Rowerami składakami wyruszyłyśmy na objazd pobliskich miejscowości, zmarzłam jak w listopadzie, rękawiczki byłyby wtedy naprawdę bardzo na miejscu. Zwiedziłyśmy pobliskie Borowskie i zaliczyłyśmy prawdziwy jesienny deszcz, drogę przebiegł nam prędko lis. Wieczór spokojny, domowy, pod znakiem czytania “Kuriera porannego” oraz dyniowego ciasta-zakalca, eksperymentu kulinarnego Ani.

A w niedzielę po porannej kawie targ staroci w Białymstoku. I satysfakcja z wytargowanych zakupów, niebieskiej cukiernicy i porcelanowych filiżanek. I czas wracać do Kalisza. Marty mama przygotowała mi pieczołowicie kanapki, dała pomidorki koktajlowe w pudełku, a ja w pociągu czułam dziwne rozrzewnienie. Zdałam sobie bowiem sprawę, że od bardzo wielu lat nikt nie robił mi kanapek. Chyba tata jak chodziłam jeszcze do podstawówki, ze śledziem, którego nawiasem mówiąc uwielbiałam, choć koleżanki się krzywiły.

I powrót do Kalisza, z godzinną kawą na stojąco na Dworcu Wschodnim, książką i muzyką w pociągu. A potem brak autobusów, w końcu była już 22 i wszyscy Kaliszanie dawno poszli spać. Więc spacer na nogach do domu przez miasto, z dużym plecakiem, widok stanowiłam pewnie osobliwy, skoro wszyscy się za mną oglądali. W końcu do Kalisza raczej się nie wraca, a już na pewno nie na nogach. A w domu oczywiście mama już śpi, ale mówi, że czeka. Rodzina to sprawa zdecydowanie najważniejsza, człowiek nie może całe życie krążyć w pojedynkę, jak jakiś elektron. Więc jestem w domu z moją jednoosobową rodziną.

Leave a Reply