Łapy

September 15, 2008 by dorotapilas

Po drodze z Kielc wstąpiłam do Łap, które, geograficznie patrząc, są tak bardzo nie po drodze, jak tylko się da, a jednak okazały mi się być dziwnie po drodze. Przesiadka na Warszawie Zachodniej symptomatyczna – najpierw napotkany przy kasie uroczy człowiek mocno “pod wpływem”, pytający zapamiętale oschłą kasjerkę, jak to możliwe, że ostatni pociąg do Kielc mu uciekł, choć ma nań bilet. Potem młody Turek w jednej z dworcowych kebabowni, który na wejściu oświadczył “nie ma kebab”, a jednak zgodził się sprzedać mi herbatę i spytał rzeczowo “sypana czy rozpuszczalna”, a potem nawet przyniósł mi z mikroskopijnego zaplecza plasterek cytryny, powłócząc uroczymi klapeczkami i zaproponował “cukr”.

Wysiadłam z pociągu u celu mojej podróży, witana przez mroźny wschodni wiatr i szukałam znajomej twarzy, wśród zakapturzonych głów łapskiej młodzieży, spędzającej prawdopodobnie nie pierwszy już swój wieczór na pustym peronie. Z Martą pomknęłyśmy czerwonym samochodzikiem przez Łapy i Uhowo do Bojar. Tam na powitanie obśliniły mnie dwa wielkie psy i mieszkańcy powitali mnie gorącym naparem z lipy.

Przed zaśnięciem okazało się, że w łóżku zakamuflował się jeszcze kot, ale szybko dostało mu się za to po łapkach, a ja zapadłam w przez nic i nikogo nie zakłócany dziewięciogodzinny sen. Po rodzinnym śniadaniu otrzymałam Marty kaloszki, dresy i bluzę, bo planowałyśmy nie lada misję: grzyby. Znalazłyśmy dwa koszyczki kapeluszy kani i trzeba było wrócić do domu, by je opróżnić. za drugim razem szukałyśmy bardziej konkretnych grzybów, głębiej w lesie, tych jednak nie udało nam się znaleźć wiele. ktoś nas uprzedził. Nic w tym dziwnego, skoro wybrałyśmy się na grzyby o 11… Ale i tak było warto! włóczyłyśmy się po opuszczonych ruinach domów, zapomnianych i zarośniętych, przedzierałyśmy się przez gęste zagajniki.

Na obiad mama Marty przygotowała faszerowane warzywa. w trzech wersjach, bo Ania jest jaroszką, więc bez mięsa, Tata nie trawi papryki, więc bez papryki i trzecią dla wszystkożernych nas. Były wyśmienite. Rowerami składakami wyruszyłyśmy na objazd pobliskich miejscowości, zmarzłam jak w listopadzie, rękawiczki byłyby wtedy naprawdę bardzo na miejscu. Zwiedziłyśmy pobliskie Borowskie i zaliczyłyśmy prawdziwy jesienny deszcz, drogę przebiegł nam prędko lis. Wieczór spokojny, domowy, pod znakiem czytania “Kuriera porannego” oraz dyniowego ciasta-zakalca, eksperymentu kulinarnego Ani.

A w niedzielę po porannej kawie targ staroci w Białymstoku. I satysfakcja z wytargowanych zakupów, niebieskiej cukiernicy i porcelanowych filiżanek. I czas wracać do Kalisza. Marty mama przygotowała mi pieczołowicie kanapki, dała pomidorki koktajlowe w pudełku, a ja w pociągu czułam dziwne rozrzewnienie. Zdałam sobie bowiem sprawę, że od bardzo wielu lat nikt nie robił mi kanapek. Chyba tata jak chodziłam jeszcze do podstawówki, ze śledziem, którego nawiasem mówiąc uwielbiałam, choć koleżanki się krzywiły.

I powrót do Kalisza, z godzinną kawą na stojąco na Dworcu Wschodnim, książką i muzyką w pociągu. A potem brak autobusów, w końcu była już 22 i wszyscy Kaliszanie dawno poszli spać. Więc spacer na nogach do domu przez miasto, z dużym plecakiem, widok stanowiłam pewnie osobliwy, skoro wszyscy się za mną oglądali. W końcu do Kalisza raczej się nie wraca, a już na pewno nie na nogach. A w domu oczywiście mama już śpi, ale mówi, że czeka. Rodzina to sprawa zdecydowanie najważniejsza, człowiek nie może całe życie krążyć w pojedynkę, jak jakiś elektron. Więc jestem w domu z moją jednoosobową rodziną.

Alpen: Wasserauen –> Saentis, CH

August 7, 2008 by dorotapilas

Rachunek sumienia

August 7, 2008 by dorotapilas

czyli co ostatnio zajmowało moją uwagę, a czego opisania karygodnie zaniechałam:

- Jim Jarmusch: Coffee and Cigarettes (super: epizod z Tomem Waitsem i Iggym Poppem – kapitalny)

- Jim Jarmusch: Dead Man (świetna muzyka, typowe Jarmuschowskie tempo)

- Jim Jarmusch: Ghost Dog: The Way of the Samurai (co za kombinacja: czarny aktor Forest Whitaker + ideał samuraja + porachunki gangsterskie + kreskówki + świetny czarny hip hop)

- Lars von Trier: Europa (triller polityczny, akcja po IIWW, mocno niepokojący, niesamowicie nakręcony – czarno białe sceny przeplatające się z ujęciami w kolorach)

- Susan Sontag: Regarding the Pain of Others (niebagatelna rola, jaką fotografia odgrywa w relacjach wojennych)

- Peter Stamm: In Fremden Garten

- Peter Stamm: Wir Fliegen (świetne obydwa zbiory opowiadań, proza tego Szwajcara naprawdę przypadła mi do gustu)

Gaspar Noé: Irréversible

June 30, 2008 by dorotapilas

Prawdziwa podróż do mrocznego podziemia – piekła, jakie ludzie wyrządzają sobie nawzajem.

Nie polecam na zakończenie słonecznego niedzielnego popołudnia.

10 minutowa scena gwałtu, podróż od makabrycznej teraźniejszości do idyllycznej przeszłości, a tego, co pomiędzy już nie można zmienić, spirala sama się nakręca.

Naprawdę ostrzegam, to nie jest przyjemne kino.

Naleśniki ze szpinakiem, twarogiem i gałką muszkatołową, pod beszamelem, słonecznym popołudniem

June 28, 2008 by dorotapilas

skromne początki - ciasto naleśnikowe z odrobiną proszku do pieczenia oraz szpinak z twarogiem, czosnkiem i sporą ilością wspomnianej już gałki muszkatołowej

gotowe!

a tak wyglądają od góry

Susanne Bier: Things we lost in the fire

June 19, 2008 by dorotapilas

Susanne Bier is a Danish director and ‘Things we lost in the fire’ is her ‘first American language film’ (as I learned on the official website of the movie http://www.thingswelostinthefire.com/). This is the second film of hers I have seen, the first one being ‘Brothers’ – a Danish film about the profound impact of the war in Afghanistan on the life of an average soldier and his family.

This time we are confronted with another family tragedy – an almost perfect husband and father is killed when he defends a woman beaten up by her husband. We follow the scenes from the funeral, intertwined with past events referring to his friendship with the puzzling figure of Jerry. Benicio del Toro is probably the best possible match for this role – a man with the past: an attorney who became a junkie and lost control over his life.

Basically it’s quite predictable what follows. The bad guy and the devastated wife get closer to each other and we could presume they stay together after he completes his therapy and comes to terms with his life. So the story is not at all original and not that compelling maybe. But there are things you could appreciate about the film. And this concerns certainly the light and the way the film was shot – with numerous zooms of eyes and mimics of the characters, which apparently can express more than words. I liked the way the film showed some idiosyncracies we all have – Berry suffers from sleep disturbances and can only falls asleep when she is hugged in an embryonic position (that’s the name I coined..) and when her husband pulls delicately her ear lobe. Jerry will replace him eventually…

So the film is nothing special but like my friend said ’slow and easy to follow’. One could ask however if that is a merit of a film.

And I could not resist the temptation to get a picture of Benicio del Toro. His face is just cut out to play the role of a traumatised man (like in ‘21 grams’ by Inarritu!). Take a look:

John Carney: Once

June 19, 2008 by dorotapilas

What a stunning coincidence! Once I learned my lecture on Popper was cancelled, I headed for Mediothek to watch a film about Levinas. But instead I succumbed to the temptation to have a look at Semesterapparat (which is a place where you find the best available features) to find “Once”, which I heard was worth giving it a go. So I did. And it really was worth it!

The Irish feature is actually a musical, I was quite surprise to learn that 60% of the whole film are songs. The next remarkable thing about the film is that it was made for only 130.000 euros. And I was somehow moved to recognise the scenery so well – Grafton Street, St.Stephen’s Green, Drumcondra – the action taking place in Dublin, where I myself spent two long months.

The film really managed to capture the atmosphere of this city. Crowds of turists, the Irish women – all dressed the same way (according to new trends in Penneys), all blond, long-haired with slightly to heavy makeup. And the poor immigrants who do all those jobs to keep their heads above the water, proud they can earn more than their friends back at home. Of course these are sweeping statements but true to a large extent. I really know what that means and how hard it is to have this, let’s be honest, a bit lower position in the society.

But more important is like I said the form of the film. A couple of simple melodies with simple songs that somehow are very touching and stay with you longer than you would expect. Here is one of them:

All in all I really don’t wonder why ‘Once’ got such enthusiastic reviews and worldwide recognition, it definitely is a positive simple story that all of us think could happen us as well. Once…

Zmarł Esbjörn Svensson

June 16, 2008 by dorotapilas

Dziś rano usłyszałam w radiu – 44-letni pianista jazzowy ze Szwecji zmarł podczas nurkowania niedaleko Sztokholmu.

Więcej informacji na ten temat:

http://news.bbc.co.uk/2/hi/europe/7456031.stm

EST to jedna z grup, dzięki którym jazz zaczął zaliczać się do muzyki, której chętnie słucham. Ich album “Seven Days of Falling” znam na pamięć, wielokrotnie umilał mi chłodne zimowe wieczory. I myślę, że nie jestem odosobnionym przypadkiem – jazz kojarzył mi się zawsze z nieznośnymi na dłuższą metę trąbkami i hermetycznymi, ciągnącymi się całą wieczność melodiami, od których aż brakowało powietrza. A EST? Tyle radości, spontaniczności, młodości i lekkości na próżno szukać wśród zasłużonych polskich jazzmanów, teraz zaczyna się to zmieniać, pewnie właśnie dzięki grupom, takim jak EST.

Niewątpliwie jest to wielka strata dla światowego jazzu, choć prawdopodobnie wielu dowie się o istnieniu EST właśnie paradoksalnie dzięki śmierci Svenssona. Poniżej wycinek tegoż albumu.

Unitheater Konstanz: “Roberto Zucco” von Bernard-Marie Koltes

June 4, 2008 by dorotapilas

Endlich habe ich mir ein modernes Stück angeschaut, und zwar von Universitätstheater. Ein sehr komisches Gefühl taucht auf, wenn man teilweise bekannte Gesichte unter den Schauspielern auf der Bühne erkennt. Sie sind nicht mehr Kommilitonen aus Seminaren, sondern verschiedene anderen Gestalten, die nur bekannt vorkommen und so sollte man sie behandeln – nicht unter den Gesichtspunkt ihrer Referate..

Nun, zum Thema. Die Stück ist eine Geschichte eines jungen Mannes, der seine Eltern, einen 14-jährigen Jung und einen Polizisten umgebracht hat und ist auf der Flucht vom Gefängnis. Warum hat er diese grausamen Taten begangen? Schwer zu sagen, wo er doch Träume eines normalen Jugendlichen zu haben scheint. Er sagt aber, dass er durchsichtig sein möchte, am besten wenn er ein Hund wäre, dem niemand Acht gibt, und das ist vielleicht diese Kleinigkeit, die zeigt, dass ihre Psyche anders ist.

Bei seinen Morden zeigt sich, wie andere Leute sich in Situationen der Lebensbedrohung benehmen. Sie kümmern sich nämlich nur um eigene Haut. Wenn Roberto bei einer Geiselnahme einer Frau und ihrem Sohn mit dem Tod droht, schauen nur die Anderen und kommentieren. Ist das nicht eine perfekte Darstellung des Heideggerschen Man? Diese Zweideutigkeit und Gerede der Öffentlichkeit, das Wiederholen von leeren Worten, die man sagt, aber die in der Wirklichkeit niemanden betreffen. Ist der Roberto nicht ein Dasein insofern, als er sich selbst sucht und nach eigenen Prinzipien leben will? Erschreckende Gedanken…

Roberto war nicht für diese Welt geschaffen. Die Szene, in der er nackt die Sonne anschaut hat eine vieldeutige Auslegung. Seine Nacktheit zeigt die Situation des Menschen, auseinandergesetzt mit etwas Größeres als nur mit dem Alltag, vielleicht sogar mit dem Allmächtigen. Er tötet und hat kein Mitleid, ist aber auch in diesem Sinne autodestruktiv. Gibt es ein Chance für seine Erlösung?

„Roberto Zucco“ ist ein sehr interessantes Stück, das viele Problemen berührt. Das es nicht alle profi Schauspieler mitgemacht haben konnte man erkennen, aber das hat mir nicht gestört. Ich freue mich schon auf eine nächste Gelegenheit, etwas von der Repertoire des Unitheaters zu sehen.

Peter Stamm: “An einem Tag wie diesem”

June 2, 2008 by dorotapilas

Peter Stamm ist ein schweizer Schriftsteller, der letzte Woche eine Lesung in Konstanz hatte. Über seine Existenz habe ich, wie immer, zufällig erfahren, indem eine neulich bekannte Person mir über ihn erzählt hat. Und das ist wahrscheinlich, oder so möchte ich glauben, gerade so ein Zufall, den Krzysztof Kieślowski definiert hat als etwas, das wir uns verdient haben. Ich hoffe, dass ich es mir wirklich verdient habe, dass ich sowohl ihn als auch Peter Stamm kennen gelernt habe.

Nun, das Buch ist eine Geschichte eines schweizen Lehrers, der in Paris deutsch unterrichtet. Die Narration erfolgt von seiner Perspektive und ist eine Reise in Vergangenheit und Erzählung von Leben des Helden, das scheint nur aus nicht gelungenen Beziehungen mit Frauen zu bestehen.

Also, kein originalles Thema. Aber das Buch selbst ist sehr angenehm zu lesen, besonders, wenn man gerade auf einer Wiese liegt, unter duftenden Feldblumen und Grass. Oder im Hafen, oder auf der Fähre von Meersburg nach Konstanz – alle diesen Situationen haben einen sentimentalen Charakter, zu dem “An einem Tag wie diesem” hervorragend passt.

Der neue Bekannte von mir hat gemeint, die Lesung kurz und nicht besonders beeindruckend gewesen sei. Und ich freue mich also, dass ich nicht dabei war, weil ich mir noch viel vorstellen kann, was für eine Person hinter dem Buch steht, ohne sich begrenzen zu müssen auf das, was ich sonst sehen und hören könnte und was mich möglicherweise enttäuschen könnte.