Świeżo po lekturze rozmowy-rzeki z bardzo znaną polską panią profesor, socjolożką, niegdyś działaczką. Lektura nienaturalnie przedłużona, bo książka towarzyszyła mi przez połowę wakacji, walając się w czeluściach mojego plecaka, odkładana, ponieważ zawsze coś ważnego było do zrobienia. No i nareszcie ją skończyłam, no i jestem chwilowo pod sporym wrażeniem.
Pewnie bardziej uwagę przyciąga zawsze charakter, osoba, temperament, mnie przynajmniej, bardziej niż społeczno-polityczne uwikłanie, dokonania naukowe, polityczne i społecznikowskie. Otóż tajemnicą-nietajemnicą pani S. ma być jej rzekomy autyzm. Na każdym kroku powtarza, że nie przeżywa emocji tak, jak inni, że podchodzi do wielu spraw chłodniej. I to się przejawia w jej kontaktach z innymi ludźmi, z władzą, wreszcie w miłości. Z miłością jest ciekawie, bo S. może pochwalić się bujnym życiem uczuciowym, wieloma związkami, zainteresowaniem licznych mężczyzn. Czy jest wyrachowana? Pisze o obcasach, sukienkach-bombkach i czerwonej pomadce od Heleny Rubinstein. Pisze, że trzeba odwagi, aby zakładać prawdziwie kobiece stroje i mieć ambicje, dążyć do uznania w decyzyjno-intelektualistycznych, czyli, ilościowo patrząc, głównie męskich kręgach. Zastanawiam się nad tym, czy to odwaga. Na pierwszy rzut oka myślę, stanowczo tak! Sama widzę, jak w takich naukowo-humanistycznych kręgach traktowane są kobiety. Wśród nieatrakcyjnych intelektualnych freaków kobieta-dziewczyna albo wtapia się w tłum, czyli decyduje się poświęcić swą urodę dla zakurzonej czytelni, szpilki dla kraciastych koszul lub nieestetycznych sandałów i braku fryzury. Może też zająć pozycję bliżej drugiego bieguna – być superelegancką w stylu vintage. Wtedy traktowana jest z lekką nieufnością, przykuwa każde spojrzenie w każdej sytuacji i w każdej szatni i na każdym korytarzu. Od takich mniej się wymaga. I tu, faktycznie, trzeba niemałej odwagi, bo w szpilkach nie wemkniesz się do sali niezauważona, nawet nie przekroczywszy akademickiego kwadransa.
Wracając jednak do pani S., którą właśnie widziałam w jednym z programów publicystycznych. Jako jedyna zdawała się zupełnie nie brać pod uwagę widza. Bardziej niż na mówieniu pełnymi, wysmakowanymi zdaniami wprost do kamery, zależało jej, jak sądzę, na udowodnieniu swojej racji lub (większej) wiedzy swojemu rozmówcy. Więc zwracała się bezpośrednio do niego, mówiła niewyraźnie i średnio zrozumiale.
Pani S. przepis na udany związek to podejście transakcyjno-pragmatyczne: trwa tylko dopóty, dopóki spełnia kryteria. Kryteria wyznaczone przez nią samą, bliżej nieokreślone, sądzę, że tak naprawdę pojawiające się dopiero w momencie kryzysu, ale to moja hipoteza. Gdy zatem bycie z kimś zaczyna ich oboje “degradować”, pani S. kończy transakcję i nigdy już nie wdaje się w negocjacje z kontrahentem lub partnerem, na którym się zawiodła. Zastanawiam się, bardzo mi się to nie podoba. W sumie do tego się dziś przeciez nawołuje, związek ma służyć Tobie, pomagać Tobie, Ciebie zadowalać. Gdy ma więcej minusów, on ci się najzwyczajniej w świecie nie opłaca, trzeba się z niego wycofać i poszukać lepszej lokaty zasobów. I ja się tak zastanawiam – bo brzmi to bardzo racjonalnie, a na pewno pragmatycznie i sensownie, tym bardziej, jak popatrzeć na te nieszczęśliwe związki w różnych fazach rozkładu, z przyczyn najczęściej ekonomiczno-światopoglądowych, tkwiące jedno przy boku partnera, nawzajem się destruujące, to człowiek myśli: tak, to nie ma przecież sensu, niech każde pójdzie w swoją stronę. Z drugiej strony, czy kończąc z kimś wtedy, gdy ta osoba naszym zdaniem przestaje spełniać wyznaczone przez nas standardy, czegoś nie tracimy? Szansy na zmianę? Pracy, ustawicznej pracy nad tym związkiem, bo jeśli to prawdziwa więź, to nie można jej zerwać ot tak? Czy, wreszcie, nie tracimy miłości? Myślę, że z perspektywy czasu i miejsca, pani S. ma zupełną rację. Nie chce mi się jednak wierzyć, że kończąc jeden po drugi związku, faktycznie tak myślała, to raczej późniejsza racjonalizacja jest, tłumacząca decyzje podjęte pewnie w dużej mierze, jednak, w emocjach.
Projekt filozoficzny, o którym pisze pani S. w swoim liście do czytelników. Sama forma mnie urzekła. Może to kwestia mojego skromnego oczytania, ale nie słyszałam jeszcze o tym, by bohater wywiadu-rzeki zamieszczał na koniec własną notkę i to jeszcze z pewnym pomysłem teoretycznym, o którego zbadanie i rozwinięcie się zwraca. Co to za projekt? Zaczyna od odwołania do Kuzańczyka, pisząc o oświeconej niewiedzy. Pierwsze ćwiczenia z nowożytnej na IF poświęcone były właśnie jemu, mądremu ignorantowi, który twierdził, że Bóg jest nieodgadnionym złożeniem wszelkich przeciwieństw, ale do tego wniosku należy dojść dopiero włożywszy wszystkie swoje siły w zgłębianie wiedzy i w walkę z własnymi ograniczeniami. Tak więc pani S. pisze o trzech ontologiach, które złożyły się na obecną cywilizację zachodnią, a mają dużo rozleglejsze korzenie: filozofię idei, myślenia i czynu. Pierwszy nurt wywodzi się od Platona, obejmuje oświeceniowy Rozum, Marksowsk0-Heglowską dialektykę i Popperowski Trzeci Świat. Mamy tu do czynienia, jak się zdaje, z niezależnie od podmiotu rozwijającymi się uniwersalnymi prawami. Druga ontologia, filozofia myślenia, ma źródła u Arystotelesa, a rozciąga się na św. Augustyna, Anzelma i Kanta. Tym razem akcent kładziony jest na twórczą rolę myślenia, rzeczywistość zawdzięcza swój kształt, swoją formę podmiotowi poznania i jest od niego zależna. Z kolei filozofia czynu, zaczynająca się od św. Tomasza, zakłada, że natury bytu szukać trzeba w czystej egzystencji, działaniu i sile sprawczej. S. chciałaby zbadać wzajemne relacje tych trzech ontologii, ich przenikanie się, wypieranie i zastępowanie. Ma to być widoczne nie tylko w historycznych źródłach kultury zachodniej i relacji Zachodu z innymi cywilizacjami, ale i na gruncie samego Zachodu: każdej z tych ontologii przyporządkowane są określone formy władzy, odpowiednio: dyktat idei, formy i mocy. S. sugeruje, że dzisiejsza epoka jest pewnym zapętleniem. Czy jest? Trudno to rozstrzygnąć, jeśli to w ogóle wykonalne. W końcu, chcąc nie chcąc, takich sądów dokonujemy przy użyciu języka, który zbudowany został ta takich a nie innych ontologicznych założeniach. Tkwimy w klatce, z której próbował się wyrwać np. Heidegger, ale mało kto dziś powie, że mu się udało. Sama próba jednak jest już świadectwem pewnego przekroczenia.
Spróbuję sięgnąć do książek napisach od początku do końca przez prof. S. Zobaczę, co, nie indagowana, pisze i czy dam radę śledzić z częściowym choćby rozumieniem jej tok rozumowania i wywodu.


I nie mogłabym zapomnieć dodać, kto mnie zainspirował, a raczej czyj przepis i smakowite zdjęcia. Otóż chodzi o niejaką Panią Arabeskę: http://arabeskawaniliowa.blogspot.com/2009/04/muffiny-z-otrebami-i-rodzynkami-raisin.html - której niniejszym dziękuję za propagowanie pieczenia muffinów!














